Byłam tam spokojna. Kiedy pierwszego dnia, na lotnisku, powitał nas deszcz (ten z rodzaju zimnych i wcale niewiosennych), pomyślałam: „Witaj Deszczu, to miłe, że jesteś tutaj i witasz się ze mną. Jeśli chcesz mi towarzyszyć cały tydzień, to proszę bardzo. S'il vous plait.” I postanowiłam stać się tym Deszczem. Tym samym, który leciał z wysoka zatrzymując się na moim kapturze. Tym, któremu udało się przesiąknąć przez grube, skórzane buty, i który dał się czuć przy każdym, najmniejszym kroku stawianym na alei Gustava Eiffla. I stałam się deszczem. Deszczem i Wiatrem. Byłam sobą i nimi zarazem. Deszcz był mną i był miastem. Więc i ja byłam miastem.
A kiedy nastały słoneczne dni, przestałam oczekiwać. Zamieniłam postawę „szybko! Skończmy już to, co Ty chcesz robić, żebyśmy mogli zrobić to, co chcę i czego oczekuję ja” na postawę „pokaż mi co sprawia Ci radość, naucz mnie, jak to, co wydawało mi się niepotrzebne, może być dopełnieniem tego boskiego dnia”. Uświadomiwszy to sobie, uśmiechnęłam się do Słońca.
Byłam tam spokojna, a tutaj jest to trudne. Ale dzisiaj wiem, że tego typu sprawy są do wypracowania, do wyćwiczenia. Zapalam waniliową świeczkę, podjadam czekoladowe macaroons i w czarnej koronce uspokajam się, lecz na inny kształt tym razem. Inny, bo obecna jest tu Świadomość.
Moja mała fotorewelacja z wyjazdu; zdjęcia pochodzą z aparatów przyjaciół:
Fascynuje mnie
niewinność, naiwność, czystość i ten rodzaj smutku, który spowodowany jest
raczej wzruszeniem i zdziwieniem, niż pogardą i niezrozumieniem. Spotkałam na swojej
drodze kilka takich osób, a konkretniej kobiet.
Do dzisiaj pamiętam
jej długie, kukurydziane nitki, falujące na górskim wietrze i to przejmujące
uczucie, kiedy patrzyłam z jak szczerą radością tańczy boso na trawie. Koronkowa
sukienka delikatnie unosiła się i opadała zgodnie z rytmem tatrzańskich
szeptów. A ja bujałam się na drewnianej huśtawce i syciłam serce tym żywym
szczęściem.
Za to, że była
uosobieniem czystości i miłości do życia, kochali ją wszyscy, którzy ją znali.
Ale nikomu nie pozwalała podejść za blisko. Nikt nie mógł poznać jej naprawdę. Coś
złego musiało się kiedyś wydarzyć, bo reakcją obronną na to była ta niewinna
postawa dziecka. Z jej oczu promieniował dziwny rodzaj smutku. Ten smutek
zrodzony z niepewności i oszołomienia, ale również z rozczarowania. Taki sam,
który pojawia się kiedy ktoś nie dotrzyma danego słowa lub kiedy orientujemy
się, że zostaliśmy oszukani.
Pomimo tego (a może właśnie
dzięki temu?) była piękna. Wewnątrz i na zewnątrz. Kiedy ją zobaczyłam, od razu przywiodła mi na myśl
pewien piękny tekst. Jako, że nasze spotkanie miało miejsce nieopodal Tatr, a
ona ubrana była w te urocze cechy, żaden inny utwór nie pasowałby tutaj tak,
jak Virgini Intactae, którego autorem jest Kazimierz Przerwa-Tetmajer. Genialny
poeta (chociaż nie popieram stawiania go jako trzeciej strony w sporze
Mickiewicz-Słowacki), którego cenię przede wszystkim za sensualne erotyki,
chociaż nie tylko (nie zapoznałam się jednak, na tyle dobrze z jego twórczością
z innych kategorii, aby swobodnie się wypowiadać, więc zostawmy to na później).
Zazwyczaj lubię pisać tuż po, ale w tym przypadku potrzebowałam
kilku dni. Wbrew pozorom tekst nie powstał głównie z powodu magicznej,
tańczącej na trawie dziewczyny, ale z powodu szybkiej wzmianki o Tetmajerze,
parę dni temu, gdzieś pomiędzy patrzeniem się w zielone światło reflektora, a
zamawianiem taksówki. Temu, kto mi o Kazimierzu przypomniał, serdecznie
dziękuję i pozdrawiam.
Staliśmy oparci o ścianę przyjemności, kiedy dotknęłam rękawa Jego nocnej kurtki. On, w odpowiedzi, poprawił mi niegrzeczny kosmyk włosów, delikatnie huśtający się gdzieś w okolicy ucha. Spojrzałam w czerń. Jego stopy nigdy nie znajdowały się tak blisko moich. Poczułam silny dreszcz, a klucze na mojej sukience poruszyły się, zupełnie tak, jakby wszystkie jednocześnie chciały uciec i znaleźć swoją kłódkę. Pomyślałam, że dzisiaj ja też jestem kłódką i znalazłam swój klucz, który teraz stoi z taką siłą i tajemnicą, tuż obok. Wymieniliśmy kilka, pewnie miłych, choć kompletnie nic nie znaczących zwrotów (nie pamiętam ich treści), po czym powiedział:
- Możesz być pewna, że odezwę się do Ciebie w niedługim czasie. - i uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny, krzywy sposób. Wzięłam głęboki oddech, otworzyłam oczy, i choć leżałam na łóżku, zawinięta w kokon kołdry, przez pierwsze, nieprzytomne sekundy myślałam, że to zdarzyło się naprawdę. Przerażają mnie tak realistyczne sny, bo kreują spaczony obraz Rzeczywistości Beta. Posmutniałam na myśl o tym, że marzenia spełniają się w drugim wymiarze, a także z powodu kolejnego deszczowego dnia. Ale pochmurne myśli zaraz zostały zagłuszone przez koncert maleńkich, radosnych ptaków za oknem oraz przez zapach świeżo mielonej kawy dopływający z kuchni, do mojej komnaty, przez dziurkę od klucza. Przypomniałam sobie, że wszystko jest możliwe, wszystko się może zdarzyć, jeżeli bardzo tego chcemy. Gdy jednak nie dzieje się po naszej myśli, to oznacza tylko tyle, że taka była wola nieba.
[ sam Izzy Stradlin zrobił mi to zdjęcie swoim telefonem ]
Lubię ból mięśni, po całodziennej jeździe na rowerze. Lubię zapach morza zmieszany z zapachem tytoniu, którym przesiąknięte są moje włosy wieczorem. Lubię ubierać ciepłą kurtkę, kiedy zmarznę na wietrze. Lubię czesać włosy moich przyjaciółek, kiedy opierają głowy na moich kolanach. Lubię tańczyć, kiedy słyszę dobrą muzykę. Lubię ten moment, kiedy wsiadając na rower, od razu zaczynam jechać (szczególnie pierwszy raz danego dnia). Lubię wszystkie zadrapania i siniaki na nogach. Lubię wyłapywać małe uśmiechy. Duże uśmiechy też lubię, ale one są dość oczywiste. Lubię się nie spieszyć. Lubię puszczać bańki mydlane. Lubię głośno śpiewać i głośno czytać. Lubię moje życie.